Blog dla wszystkich milosnikow Toskanii. Jesli chcesz podzielic sie swoimi przezyciami, spostrzezeniami i przygodami z wakacji spedzonych w tym regionie - opisz je wlasnie tutaj. Prosze przesylac teksty i zdjecia na adres: aleksandra.seghi@email.it

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toskanskie miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toskanskie miasto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2012

Lukka spacerem i nie tylko

Dzisiejszy tekst udostepnila nam Blanka z bloga Autostrada del Sole.  Serdecznie dziekuje i zapraszam do lektury:

Lukka spacerem. I na dwóch kółkach.

Lukka była letnią improwizacją, taki niespodziewany wypad weekendowy z przyjaciółką. Dojazd na miejsce i od razu oczarowanie: Lukka jest piekna! Zamknięte w grubym pierścieniu średniowiecznych murów stare miasto to raj dla pieszych i rowerzystów. Samochody w ilościach śladowych, co za ulga!
Pierwszy wieczór: chcemy coś zjeść. Nie wiemy gdzie, pytamy. Zaczepione na ulicy dwie miejscowe panie (Laura i Sonia) mówią, że właśnie idą na kolację do miłej restauracji i możemy się przyłączyć. Od tej chwili widzimy Lukkę oczami jej mieszkańców: są opowieści, anegdoty i wskazówki. 


In primis Lukka to miasto w którym urodził się Giacomo Puccini (to ten od „Cyganerii” i „Madame Butterfly”, precyzują nasze towarzyszki). Na kawę po kolacji idziemy do baru, który zwykł odwiedzać szacowny kompozytor (Cafè Di Simo). Nazajutrz panie polecają sklep z pamiątkami dotyczącymi twórczości Pucciniego (Puccini’s Memories, Piazza dell’Anfiteatro - Plac Amfiteatru). 


I skoro już jesteśmy przy tym placu, to jest on bardzo charakterystyczny, o kształcie elipsy, otoczony ze wszystkich stron kamienicami, pełen sklepików i kawiarenek – notabene najlepsze miejsce na aperitif – dodają zgodnie.
Po kawie spacer nocą, co robią chyba wszyscy, bo jest upiornie gorąco. Trzeba zobaczyć kościół św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele in Foro) – umieszczony na szczycie posąg patrona przedstawia go, jak dzierży w dłoni dwa potężnych rozmiarów diamenty. Legenda głosi, że w chwili potrzeby skarb zostanie przekazany mieszkańcom Lukki. Jak dotąd nie zmienił jednak właściciela. Prowadzone niczym przez Wergiliusza idziemy też do katedry (Duomo di San Martino). Jest tam grobowiec młodziutkiej żony jednego z możnych Lukki – Ilarii del Carretto. Nasze towarzyszki mówią, że znajdujący się na jego płycie posąg dziewczyny był inspiracją dla Walta Disneya do przedstawienia postaci Śpiącej Królewny. 


Jest już późno, więc choć z żalem, żegnamy Laurę i Sonię. Następnego dnia korzystamy z ich wskazówek i zwiedzamy miasto na rowerach. Punkt kulminacyjny to ponad 4 - kilometrowa trasa wzdłuż średniowiecznych murów – widoki są zniewalające. Na koniec jeszcze panorama miasta z góry, wspinamy się po schodkach 40 - metrowej wieży widokowej - Torre Guinigi. 


Nasze wspomnienie Lukki to: spacery, rowery, zwiedzanie bez komunikacji miejskiej – po prostu miasto na miarę człowieka niezmotoryzowanego - tego nam było trzeba! 


Wszystkie zdjecia pochodza z archiwum autorki tekstu. Za ich udostepnienie serdecznie dziekuje.

niedziela, 21 października 2012

Arezzo

-->
Dzisiaj dzieki Marcie z Fotomannia przeniesiemy sie do Arezzo. Serdeczenie zapraszam do lektury:

Będąc w Toskanii, staram się odwiedzić Arezzo. To miasteczko zawsze mi przypomina jak życie jest piękne. To tu właśnie był kręcony film La vita è bella, z Roberto Begninim w roli głównej.
W wielu miejscach można napotkać oznaki obecności filmowców w mieście kilka lat temu.


W jesienny dzień Arezzo jest raczej opustoszałe. Jest zupełnie inna atmosfera niż w zatłoczonej Florencji. Na Placu kilka osób. W wąskich uliczkach kompletne pustki. Można więc poczuć tą niesamowitą atomsferę włoskiego miasteczka. W Polsce o tej porze roku już jest chłodno i raczej ponuro, tu za to piękne ciepłe słońce, które niektórych nawet skłania do krótkiej drzemki na schodach.

 Plac w Arezzo

Mam tu swoją ulubioną uliczkę. Od lat nic na niej się nie zmienia, za każdym razem wracam i widzę tą samą scenerię. 

               Trattoria Arezzo

Człowiek wtedy myśli, że zatrzymał się w miejscu, że wcale nie minęło zbyt wiele czasu od ostatniego razu i że w związku z tym w papierach lat nie przybyło. To świetny sposób więc na zachowanie młodości.
Za każdym razem jednak jak jestem w Arezzo to zaglądam w nowe uliczki i zawsze coś znajduję co powoduje, że nie mogę odejść z tego miejsca. W tym roku trafiłam na taki właśnie zakątek. Idę sobie, idę, a tu schodki. Oczywiście nikt tam nie zagląda, ale ja nie byłabym sobą gdzybym nie sprawdziła co za tymi schodkami się kryje. Wchodzę a tu maleńkie podwórko, tak urocze, że poprostu stoję i patrzę. Ktoś tam sobie mieszka i pewnie nie bardzo zdaje sprawę z tego, że miejsce jest zachwycające. 

                 PODWÓRKO

W Arezzo jest również sporo antykwariatów oraz sklepików ze starociami. Stare meble wystawione na ulicę dodają niezwykłego uroku. 
 
Meble

Na głównym placu pod arkadami natomiast znajdują się małe restauracyjki. Gości nie jest zbyt dużo, bo jest juz dawno po sezonie. Tylko jacyś zbłąkani turyści, głównie jednak Włosi z innych rejonów. Można nawet zobaczyć jak robi się makaron. 
 

Urok miastu i małym uliczkom nadaje motoryzacja! Wszędzie stoją stare vespy (ja na wszystkie motorki już mówię vespa, nie wgłębiając się w szczegóły) oraz stare autka. 
 

Jest też uroczy sklepik z toskańskimi pysznoścaimi.

Sklepik

Obowiązkowo trzeba też wejść z placu schodami na górę, gdzie znajduje się park, a zniego roztacza się piękny toskański widok.


A póżniej już wróćić spokojnym krokiem pięknymi uliczkami i powiedzieć sobie do następnego razu Arezzo.
LA VITA È BELLA!

Uliczki w Arezzo

Wszystkie zdjecia pochodza z archwium autorki tekstu. Bardzo dziekuje za ich udostepnie.



czwartek, 18 października 2012

Bella Toskania cz.I

Dzisiejszy tekst zawdzieczamy pani Katarzynie. Zapraszam do lektury:
Bella Toskania cz.I

Nie wyobrażam sobie lepszej uczty dla ducha i ciała. Toskania po raz kolejny dała mi wielką dawkę siły na cały kolejny rok. Odwiedziłam ją w maju, miesiącu zielonym, pachnącym i rozśpiewanym ptasimi trelami. Każdego ranka, pierwszą kawę piłam w towarzystwie miłej kotki i dudków, przecudnych choć płochliwych ptaszków, na tarasie naszego kamiennego domu, usytuowanego na wzgórzu niedaleko Pistoi. O tej porze słońce świeciło najbardziej i warto było z niego skorzystać, bo w ciągu dnia pogoda potrafiła płatać figle. Niemniej jednak nie zakłóciła mi i mojemu mężowi dwutygodniowych wakacji. Długo namawiałam męża na wyjazd do Toskanii. Opowiadałam mu o wszystkich pięknych miejscach, klimacie, jedzeniu i krajobrazach. Nalegałam by poznał zabytki, które zawdzięczamy takim postaciom jak nieocenieni Leonardo da Vinci, Giorgio Vasari, Andrea Del Verrocchio, Piero Della Francesca, Michał Anioł, Dante Alghieri i wielu innych artystów. W końcu się udało. Mąż zrezygnował ze swoich ukochanych Alp, by razem ze mną poszperać w zakątkach uliczek urokliwych, toskańskich miast i miasteczek. Podróżowaliśmy samochodem, nie korzystając z autostrad, by móc jak najwięcej zobaczyć. 

Nasz dom. Cały tylko do naszej dyspozycji
 
Z kotką szybko się polubiłyśmy. Codziennie rano czekała na tarasie, głodna i stęskniona. Niosłam wiec w jednej dłoni kubek z kawą dla siebie i jakieś jedzonko dla kotki.


Poranne karmienie kotki. Najbardziej lubiła kanapki z wędliną i serem, choć chleb zjadała na końcu
 

Zamieszkaliśmy niedaleko Pistoi. Stamtąd codziennie wyruszaliśmy na kolejne wyprawy, nie pomijając oczywiście tego co było najbliżej – Pistoi i Prato. To pierwsze miasto wywarło na mnie duże wrażenie. Średniowieczna zabudowa, przemieszana z florenckim renesansem, nie pozwala oderwać wzroku. Dookoła Piazza del Duomo same perełki, na czele których wznosi się romańska Katedra św. Zenona. Do budowy fasady użyto zielonego marmuru, wydobywanego w okolicach Prato. Z białego i zielonego marmuru, zbudowano także barokowe baptysterium.

Katedra św. Zenona w Pistoi












                                    
                                                                    Babtysterium w Pistoi


Często wpadaliśmy w okolice placu do malutkich barów, głównie na kawę i coś do niej. Delektowaliśmy się nie tylko smakiem, ale także spokojem, którego brakowało nam we Florencji, Pizie i Sienie. Majowy długi weekend przyciągnął do Toskanii mnóstwo turystów z Polski. Ponieważ nasz pobyt był znacznie dłuższy, pierwszych kilka dni maja spędziliśmy z daleka od Florencji i Sieny.
Pojechaliśmy do Vinci. Małe miasteczko, pięknie położone na wzniesieniu, przywitało nas niezbyt piękną pogodą, ale za to jaką architekturą! Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy  do rodzinnego domu Leonardo, zwiedziliśmy muzeum i usiedliśmy by oddać się urokowi rozciągających się po horyzont krajobrazom, widocznym z okien domu mistrza. 


Przed wejściem do muzeum w rodzinnym domu Leonardo da Vinci. Artysta spędził w nim pierwszych kilka lat życia, zanim ojciec zabrał go do Florencji i oddał na nauki do Andrea del Verrocchio


Mając takie inspirujące widoki, wyjątkowy klimat i bujną wyobraźnię, Leonardo musiał zostać artystą doskonałym. Nie miał wyjścia. 
 
Kolejny zachwyt przeżyliśmy będąc w San Gimignano, zwanym „Manhattanem średniowiecza”. Mój mąż po raz pierwszy wtedy oznajmił, że jest pod wrażeniem i jest mi wdzięczny, że nalegałam na Toskanię. On rycerz pasjonata miał okazję przenieść się w prawdziwy nastrój średniowiecza. Chodził i zaglądał wszędzie, szyja go bolała od bezustannego podnoszenia głowy do góry. Miasto, a raczej wioskę, założyli Etruskowie w III w.p.n.e. Zapisy miejskie sięgają X wieku, kiedy to przyjęto nazwę od biskupa Modeny Geminianusa. San Gimignano słynie ze wznoszących się wysoko ponad mury czworokątnych wież, budowanych przez zamożnych mieszkańców. Prześcigali się oni w swoich architektonicznych dokonaniach tak, że w rezultacie w okresie średniowiecza, nad miastem górowało ich aż 72. Powoli jednak budowle, pełniące funkcje obronne, niszczały. Część z nich zburzono, część rozebrano z wyższych partii. Najstarszą, zachowaną do dziś, jest wieża Rognosa z 1200r. W ruinę miasto popadło kiedy nawiedziła je „czarna śmierć” w 1348r.
Najpiękniejsza i najstarsza część miasta, otoczona jest pierścieniem grubych XIII – wiecznych murów. Liczne zabytki, muzea, ciasne uliczki a w nich bary, kafejki i sklepiki, ściągają tłumy turystów. Niestety z parkowaniem mieliśmy spory kłopot. Samochód zostawiliśmy w sporej odległości od centrum miasta. Po kilkugodzinnym zwiedzaniu, przepychając się przez rzekę narodu, z trudem dotarliśmy na parking. Ale warto było to przeżyć. 




        W San Gimignano









W prowincji Sieny położone jest niewielkie miasteczko Monteriggioni. Zasłynęło z wyjątkowej architektury, która stała się scenografią do niektórych scen filmów Ridleya Scotta „Gladiator”i „Angielski pacjent”. Kręcono tutaj także reklamy motoryzacyjne. Słynny Dante unieśmiertelnił go w swojej „Boskiej komedii”. Otoczone murami średniowieczne miasto, kryje wiele ciekawostek i tajemnic. Na głównym placu Piazza Roma wznosi się kościół św. Marii a w XVII – wiecznej katedrze św. Zbawiciela jest piękny krucyfiks. Znajdziemy tam także relikwię z Krzyża Chrystusowego – 22 centymetrowy gwóźdź, który przebijał lewą stopę Zbawiciela. Relikwia została przywieziona do Italii w 326 roku przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna. Ciekawostką jest też trasa widokowa, wiodąca po pierścieniu średniowiecznych, długich na 570 metrów murów, które mają kształt eliptyczny i grubość około 2 metrów. Z tego miejsca warto podziwiać widoki, roztaczające się dookoła miasta. 

W Monteriggioni byliśmy popołudniu. Światło cudownie, wręcz bajecznie oświetlało czerwone mury i fasady kamienic. Potwierdziło to tylko słuszność wyboru tego miejsca na filmową scenografię. Warto odwiedzić także klimatyczne, małe restauracyjki i sklepiki pełne pamiątek, wspaniałych specjałów toskańskiej kuchni. Koniecznie trzeba usiąść przy niewielkim stoliczku i napić się lokalnego chianti w otoczeniu domów pamiętających czasy Pretorów.

            Kościół św. Marii

Wszystkie zdjecia pochodza z archwium autorki tekstu. Serdecznie dziekuje za ich udostepnienie.

środa, 17 października 2012

Reklama w Monteriggioni

Dzisiejszy tekst udostepnila nam Blanka z bloga Autostrada del Sole.  . Serdecznie dziekuje i zapraszam do lektury:

O zniewalającym uroku Monteriggioni słyszałam od dawna. Samą miejscowość widziałam również wiele razy w reklamach i filmie: była scenerią m.in. dla Ukrytych pragnień, Angielskiego pacjenta i Gladiatora. W tutejszym krajobrazie zachwalały też swoje walory Fiat, Volvo, Nissan, Citroen i Ford. Jak się okazuje, nie brak także odniesień do tego miejsca w literaturze, i to nie u byle kogo, bo u samego Dante Alighieri w jego słynnej "Boskiej komedii". Po takim wstępie nie muszę chyba specjalnie tłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się zobaczyć Monteriggioni na własne oczy. 


Miejscowość jawi się z daleka jak precyzyjnie wykonana miniatura średniowiecznej twierdzy obronnej. Tak doskonały i realistyczny jest widoczny z odległości kształt jej zarysu. Wchodząc do najstarszego centrum przez jedną z dwóch bram, zauważa się wprawdzie że to już XXI w., jednak w ostatecznym rozrachunku rzeczywistość nie przesłania tu potęgi historii. Ufundowane w XIII stuleciu Monteriggioni zachowało bowiem w pełni swego pierwotnego ducha: widać to w architekturze i w wyjątkowo leniwie toczącym się życiu. Zaraz po wejściu do starego miasta, wita przyjezdnych główny plac - Piazza Roma, na środku którego stoi studnia, jedyne źródło wody dla średniowiecznych mieszkańców miejscowości. Po zamkniętym całkowicie w grubych murach obronnych i chronionym przez masywne wieże centrum prowadzą dwie ulice.
Zaczepiona na jednej z nich pewna starsza pani powiedziała mi, że zimą Monteriggioni wyludnia się zupełnie i na co dzień mieszka tu ok. 60 osób. Aż trudno w to uwierzyć, ale też nie ma przeszkód by któregoś dnia tego nie sprawdzić. 


Tymczasem jeśli chodzi o moje najsilniejsze wrażenie z pierwszej wizyty, to była nim przechadzka trasą spacerową po murach miejskich i zaglądanie do wnętrz niektórych wież. Wytyczona w ten sposób trasa pozwala na podziwianie z wysokości zarówno samego grodu, jak i typowego toskańskiego krajobrazu tutejszych okolic. I co tu dużo mówić, spece od reklamy dobrze wiedzieli co robili, kręcąc swoje scenariusze właśnie w Monteriggioni. 


Wszystkie zdjecia pochodza z archiwum autorki tekstu. Zapraszam do odwiedzenia bloga Blanki: Autostrada del Sole. 

wtorek, 16 października 2012

Marradi

Dzisiejsze opowiadanie zawdzieczamy Marcie, ktora prowadzi strone: Fotomannia . Przebywa wlasnie na wakacjach w Toskanii. Mamy wiec relacje niemalze "na zywo".

Marradi
Włochy to dla mnie taki wakacyjny dom. Spędzam ten urlopowy czas tutaj od jakiś 14 lat i jakoś nigdy za mało! Znajomi mówią: „Znowu jedziesz do Włoch? Coś bys już zmieniła!”. Pewnie trochę mają racji i co roku jak zaczynam mysleć o wakacjach, a ostatnio robię to w wersji „last minute”, bo wszyscy dawno są już po wakacjach... myślę, gdzie by tu pojechać. Sama sobie mówię, że warto byłoby coś innego zobaczyć.. ale w końcu pada wybór na Włochy, na Toskanię. Mówię więc sobie dalej, że jeszcze przyjdzie czas na odwiedzenie innych krajów. Na szczęście sałużbowo udało się być w kilku innych miejscach, więc czuję się lekko usprawiedliwiona.
Tyle wstępu, bo dziś chciałam się z Wami podzielić opowieścią o święcie kasztana w Marradi! Jako wstęp numer II: jestem pod nieustającym wrażeniem tego, jak Włosi potrafią się bawić, świętować, zrobić coś z niczego. Jest pora na kasztany, to w każdą niedzielę października w Marradi (maleńkie miasteczko w górach, ok. 3500 mieszkańców) odbywa się ŚWIĘTO KASZTANA! W Polsce niestety nie słyszy się o święcie czereśni, święcie jabłek, święcie kapusty, miodu... Hmmm szkoda, może muszę pogadać z rolnikami z naszego targu?
Jestem świeżo po wizycie w Marradi, więc od razu piszę sprawozdanie. Wokół święta sporo się dzieje. Od samego początku wycieczka jest niezwykła. Bowiem, aby urozmaicić sobie i mojej 3,5 letniej siostrzenicy wycieczkę, zamiast jechać samochodem, jedziemy specjalnym pociągiem, „treno a vapore” – pociąg ze starymi wagonami ciągnięty przez lokomotywe na parę! Atrakcja niesamowita. 


W pociągu średnia wieku 65 (nie liczę dwóch 3,5-4 latek, bo te sporo zaniżały średnią). Wszyscy gotowi na przygodę! W torbach picie, kanapki. Wagony z drewnianymi ławkami, porcelanowymi kloszami lamp, materiałowymi pięknymi roletami w oknach. 


W pociągu panuje wrzawa, Włosi się przekrzykują, opowiadają, pewnie też wspominają dawne czasy. Niestety nie wszystko rozumiem, co absolutnie nie przeszkadza im do mnie mówić. Na przystankach wszyscy wyglądają przez okna, żeby zobaczyć jak bucha para z komina lokomotywy. 


Mniej więcej w połowie drugi przystanek. Wchodzą panowie i serwują świeżutkie brioche, pytają „jaką chcesz? pustą, z marmoladą, z budyniem...?” Do dzieci i do mnie (atrakcja pociągu, ta co nie mówi za bardzo po włosku, „prawdziwa turystka”) wracają jeszcze raz – nam się należy druga tura. Wszyscy są oczywiście bardzo zadowoleni. 

 
Na stacjach, przez które przejeżdża pociąg, zbierają się ludzie, którzy chcą zobaczyć ten atrakcyjny przejazd.
Podróż trwa prawie pięć godzin.... O jakieś 1,5 godziny dłużej niż planowane.. ale przecież jest niedziela, czy gdzieś się spieszymy. W pociągu absolutnie nie da się zauważyć zniecierpliwienia czy też zdenerwowania spowodowanego opóźnieniem. Wszyscy doskonale się bawią. Pewnie jakby włączyli jakąś muzyczkę to i tańce by się zaczęły...
Dojeżdżamy. Jest godzina prawie 13.00. A co to oznacza? Wszyscy są głodni!! Trzeba się więc natychmiast udać na obiad. W miasteczku zostały zorganizowane dwie „jadłodajnie”, oczywiście na świeżym powietrzu. Wszyscy zatrzymują się przy wejściu i zastanawiają co będą jedli. Na wielkim plakacie wypisane są pyszności: 3 rodzaje tagliatelli, 2 rodzaje tortelli, polenta na pięć sposobów, kilka rodzajów mięs i oczywiście słodkości: ciasto kasztanowe, tortelli z kasztanami, fritelle z mąki kasztanowej. 


Po „pierwszej bramce” należy wziąć formularz, na którym zaznaczamy co chcecmy zjeść. Oczywiście tu nastepuje selekcja numer 2. Na karcie trzeba już zaznaczyć gdzie siedzimy, w między czasie więc ktoś musi zająć miejsca, o które w porze obiadowej nie łatwo. Stoły są oznaczone numerkami i literkami. Ustawiamy się w kolejce do kasy. Zajmujemy miejsca przy stole i czekamy i czekamy... A jak Włosi głodni, to i czas wolniej płynie, wrzawa więc niesamowita bo wszyscy rozmawiają o tym, co zaraz bedą jedli. W kuchni, conajmniej kilkanaście osób uwija sie jak pszczoły w ulu. Po placu wręcz biegają kelnerzy ubrani w niebieskie koszulki z napisem oznajmiającym swięto kasztana. 


W końcu każdy dostaje swoje wymarzone jedzenie i wszyscy ponownie są zadowoleni. 

 
Potem czas na zwiedzanie stoisk z kasztanami, serami, wyrobami regionalnymi. Należy oczywiście kupić woreczek kasztanów na ciepło oraz conajmniej kilogram kasztanów do upieczenia w domu. Można też kupić makę kasztanową, miód kasztanowy, likier kasztanowy, ciasto kasztanowe... 


Dla tych, którzy nie są wielkimi fanami kasztana, oczywiście nie zabraknie serów, wina, kiełbas, salami. 













Na każdym stoisku można spróbować jakiś pyszności. Można też kupic stare meble oraz pamiątki rękodzielnicze. 


Jest też strzelnica, trampolina dla dzieci... 


Niestety czasu nie jest zbyt wiele, bo pociąg powrotny wraca już o 16.30. Mamy więc w sumie 3,5 godziny razem z czasem na obiad, żeby wszystko zwiedzić i dokonać obowiązkowych zakupów. W miasteczku tłum, ledwo mozna przejść, a ulice usłane są oczywiście łupinami od jedzonych na miejscu kasztanów. Wszędzie panuje zgiełk, niemalże każdy w ręku ma woreczek z pieczonymi kasztanami.
Prawie wszystko kręci się więc wokół jedzenia. Na ulicy dodatkowo przygrywają muzycy, a wszyscy popołudniową porą zaczynają odpoczywać na ławeczkach. 


Piękna atmosfera, piekne otoczenie, cudne wąskie uliczki. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Czekała nas jeszcze podróż powrotna. Oczywiście w pociągu byli Ci sami ludzie, wszyscy powitali nas więc bardzo serdecznie. Siostrzenica bowiem poznała się ze wszystkimi, a wszyscy chcieli chociaż chwilę się z nia pobawić. Oczywiście po tylu wrażeniach większość zgłodniała, więc jadła pozostałe kanapki, bądź zakupione kawałki schiaccaty. Mniej więcej w połowie drogi powrotnej w pociągu zrobiło się cicho. Rozejrzałam się.... a prawie wszyscy spali... jedni z otwarta buzią, innym głowa opadła na kolana! Tu już niestety nie zrobiłam dokumentacji zdjęciowej;) Wycieczka bardzo udana. Polecam wszystkim taka atrakcję.
 
Zdjecia pochodza z archiwum autorki tekstu. Serdecznie dziekujemy za ich udostepnienie.